Co robiłam na rozdaniu nagród Emmy? Czyli bezpośrednia relacja Waszej wysłanniczki z Los Angeles…

Dla każdej małej dziewczynki, dotknięcie stopą czerwonego dywanu w Hollywood jest czymś tak magicznym, jak obudzenie pocałunkiem królewny Śnieżki niczym z bajki Disneya. Tak też było w moim przypadku.

Skorzystałam z okazji, że znalazłam przerwę w zdjęciach do mojego najnowszego klipu i wykonałam parę telefonów do znajomych, którzy mnie jeszcze pamiętali. Chociaż mieszkałam w Los Angeles ponad 2 lata, nigdy nie miałam okazji znaleźć się na najważniejszym na świecie rozdaniu telewizyjnych nagród Emmy, zwanych również telewizyjnymi Oskarami.



Z radością skorzystałam zatem z zaproszenia mojego znajomego Vincenta de Paula, którego serial telewizyjny „The Bay” zdobył nominacje do nagrody Emmy (Daytime Emmy Awards). W hotelu Millenium spotykamy się w apartamencie Vince-a i z jego znajomymi z branży. Aktorkami, modelkami, pr-owcami i agentami.

I tu zaskoczenie. Wszyscy obecni w pokoju są bardziej zestresowani ode mnie. Tak na marginesie, to od wielu lat zmagam się ze stresem podczas publicznych występów, o wiele łatwiej przychodzi mi "zasłanianie się" profilem na facebooku i wywiadami do kolorowych pism.

Na miejscu leje się kolejny szampan i dołącza do nas kolejna grupa głośnych "młodych i pięknych". W ich wykonaniu, robienie "dzióbków", "słit foci" na facebooka i prawienie sobie wzajemnych komplementów osiąga poziom, który bije wszystko, co znałam do tej pory, z rodzimego szołbiznesu.

Tak czy inaczej punkt 15-ta wsiadamy wszyscy do limuzyny i przy dźwiękach piosenki "Beat It" Michaela Jacksona przebijamy się przez tłum podobnych do naszej - czarno-białych limuzyn w Downtown LA. Po 15 minutach wjeżdżamy prosto na czerwony dywan słynnego Nokia Theater.

Krótka procedura wylegitymowania się, która nie omija nawet najbardziej znanych artystów i przechodzę przez bramkę do wykrywania metali, niemalże jak przez święte wrota niebios.

Mimo że słońce w Los Angeles pali niemiłosiernie, grożąc rozpłynięciem się mojego makijażu, to jestem wśród najlepszych, najpiękniejszych i najbardziej znanych na świecie osobistości. Tych co mają swoje gwiazdy na Sunset Boulevard i moich idoli. Jest Alec Baldwin i Nicole Kidman. Jest Glen Close i Kathy Bates. Haidi Klum i Ahley Judd. Jest Kevin Costner.

Chwilę rozmawiam i robię sobie kilka zdjęć ze znajomymi Vincenta, między innymi ze wspaniałym Steven Buscemi, odtwórcą głównej roli (nominacja w kategorii „najlepszy aktor dramatyczny”) w „Zakazanym Imperium” (Boardwalk Empire), a także z Jeffem Garlinem aktorem i producentem nominowanego w tym roku po raz kolejny do nagrody Emmy serialu ( mojego ulubionego! ) „Pohamuj swój entuzjazm” (Curb Your Enthusiasm).

Chaos i upał. Obowiązuje zasada płynnego poruszania się po czerwonym dywanie. „Nominowani" muszą oddychać świeżym powietrzem, ale co najważniejsze, udzielić kilkunastu wywiadów po prawej stronie "czerwonej drogi do nieba", gdzie każda z ważniejszych amerykańskich telewizji, gazet, magazynów i portali internetowych ma swoje stanowisko.

Są gwiazdy miłe i te mniej miłe. Te, które nie widzą nic innego poza własnym gwiezdnym pyłem, i te które jeszcze krążą wokół wspólnego nam, zwykłym ludziom - słońca.

Sama ceremonia rozdania nagród przebiega nadzwyczaj sprawnie. Przede wszystkim jej scenariusz, wyróżnia się poczuciem humoru i typowym "amerykańskim luzem" – oczywiście dokładnie opisanym w scenariuszu dla prowadzących. Na przykład, przez dwa wręczania nagród jeden z prezenterów udawał, że umarł na scenie. Drugi prosił w tym czasie zebranych na widowni, aby przez telefony komórkowe wysłali informację o tym smutnym wydarzeniu na facebooka i tweetera, a zobaczymy ilu ludzi się nabierze. Może dlatego taka impreza w Polsce połączona z nasza "spinką pupy" byłaby przepisem na klęskę. Ponieważ telewizja nadaje "live" na cały świat (w tym do Polski), nie było miejsca na żadne niedociągnięcia.

Po prawie 4 godzinnym spektaklu rozdania nagród Emmy, rezygnuję z zaproszenia na prestiżowe "after party" stacji telewizyjnej "Comedy Central". Przepraszając Claire Danes, że stanęłam przed nią w kolejce do ubikacji i zdejmując szpilki tuż po wyjściu z Nokia Theater, wsiadam na boso do taksówki. W drodze do hotelu myślę, że chyba nie mam jednak wystarczającego "parcia na szkło"… poza tym, od tego blichtru i upału przestaje człowiek zdrowo myśleć. A przecież nikt nie chce w Hollywood stracić rozumu.

Chcesz być ze mną na bieżąco, odwiedź mojego Facebooka
Trwa ładowanie komentarzy...